Kornel Makuszyński

Twórcy

Bohater tej opowieści nie będzie miał nazwiska.

Nie będzie nosił mojego nazwiska, albowiem jest moim nieprawym dzieckiem, a matka sztuka jest bardzo uczynna (ojciec alkoholik, dziadek epileptyk - uczynność tedy z atawizmu), tak że mój bezimienny bohater nie mógłby się wykazać tym, że w żyłach jego płynie niebieski mój atrament.

Mój bohater mię jest wcale bohaterem ani nigdy nim nie będzie.

Mógłby być snadnie bohaterem kroniki policyjnej, gdyby władza raczyła patrzeć na płazy ziemne; mógłby być bohaterem w jednoaktówce ze śpiewami i tańcami, gdyby się rzucił wpław na faliste piersi Melpomeny i śpiewać począł z upojenia kuplety o cnocie.

Mógłby być bohaterem, gdyby z chęci szybkiego obejrzenia zatłuszczonej brody Abrahamowej napił się rozczynu z siarki i miłości ludzkiej.

Mógłby być dziesięć razy bohaterem i trzy razy po dziesięć: na bohaterstwo istnieje tyleż przepisów w savoir vivre, co na sposoby dłubania w nosie.

A oto człowiek, którego umiłowało moje pióro, będzie bohaterem, bo mnie się tak podoba. Każde bowiem z indywiduów piszących, prócz przywileju możności otumaniania nierozwiniętych w zupełności mózgów ludzkich, ma moc stwarzania bohaterów.

Takie indywiduum piszące jest krawcem. Ubiera swego papierowego manekina we frak, wdziewa mu na imitację głowy cylinder i rzecze: dzieło rozpoczęte.

Potem jest fryzjerem. Nakłada na kretyńską głowę swego noworodka perukę roztrzęsioną i powiada: będzie bohater z puszczy i z pola walki. Albo nakłada mu ściśle określoną ilość włosów i rzecze: będzie bohater z salonu i będzie uwodził kobiety.

Potem jest szynkarzem podłym. Ponieważ niedowarzony mózg jego noworodka fermentuje i mógłby narazić na szwank mądrość słów jego, dolewa mu wody do fermentującej czaszki i powoduje rozmiękczenie mózgu, i rzecze: to jest Hamlet.

Potem mówi: stwórzmy bohatera na obraz i podobieństwo nasze! - i chce w twór swój tchnąć ducha.

Nic... Cisza...

Przeto dyszy jak miech kowalski.

Nic... Jeszcze cisza...

Bohater się nie rusza.

O, tworze niewdzięczny, o kreaturo szatańska!

Cisza...

Więc indywiduum, odbierające chleb fryzjerom, krawcom i szynkarzom, przyczepia sznurki do szlachetnych kończyn swego tworu, wsadza koło młyńskie w jego mózgownicę szlachetną, chowa się za malowany parawan i ciągnie za sznurek.

Omnes gentes plaudite manibus!

Aż inne indywiduum piszące, świadome niezrównanych procesów twórczych i sposobu inkwizycyjnego wyłamywania stawów tworom wspaniałym i z ducha żyjącym, spostrzegło końce sznurków i narobiło wrzasku. I oto dnia tego powiesił się twórca na tym samym sznurku.

O, bohaterze mój!

Jeśli mi zginąć przyjdzie przez ciebie, lepiej, byś się nie rodził.

Pomnij bowiem, kreaturo nędzna:

Można żyć za pomocą sznurków i koła młyńskiego we łbie, można mieć żywot słodki, można chodzić w sławie jako w słońcu, można być latarnią wśród ciemnicy mózgownic ziomków swoich, lecz trzeba być zręcznym. Przeto idź do cyrku najpierw, o bohaterze mój, i do starego aktora na naukę, a potem wyleź na scenę narodową. I pomnij:

Tych, którzy przyjdą i zechcą dojrzeć sznurków, przyczepionych do szlachetnych i nieszlachetnych kończyn twoich, kopnij bez ceremonii, a przyniosą ci wołu w ofierze, rzucą myrrhę na węgle jarzące i rzekną: mocarz! mocarz!

Pokłoni się tobie naród, umiłują cię niewiasty wszystkie, o kreaturo nędzna.

A potem - możesz już pokazać sznurki, przyczepione do kończyn swoich.

Albowiem, czy widziałeś cielę w zachwycie, o tworze głupstwa?..

Stwórzmy więc sobie bohatera.

Niech nie będzie ani król, ani lew, niech nie będzie ani lis, ani wilk; niech nie piastuje godności w gromadzie ludzkiej ani w gromadzie zwierzęcej; niech nie nosi gronostajów ani peleryny.

Niech nie znam twarzy bohatera mojego, urodzonego z nieprawości, albowiem nieprawe dzieci nieprawych dzieci jego mścić się będą na duszy mojej. Bohater mój jest "indywiduum piszące".

Powiedziano o nim:

Jest to twórca szlachetny. o pysznym rysunku duszy.

Powiedziano o nim - nie ja powiedziałem.

I powiedziano o nim jeszcze:

Kołysze w duszy swojej myśl i piastuje ją jak dziecko najdroższe. Potem mówi.

Kobieta jedna powiedziała:

Wstał z seledynowych fal ukąpał w morskiej pianie. Za błysk oczu jego, co są jak toń, oddałabym wszystko.

Niewiasta ta była cnotliwa, ale piersi miała sztuczne.

Była zaś jedna niewiasta, koniecznie kochać się w w indywiduum piszącym; miała piersi toczone i prawdziwe jak to, że nie mogła sobie przypomnieć jak wygląda cnota. (Cnota niewieścia rzadko zresztą jest powieścią "z prawdziwego zdarzenia").

Bohater mój kochał inną.

Nazwał ją, diabli wiedzą czemu - Lia.

O, Lio! Powiedziano o tobie w Piśmie św., żeś była "ciekących oczu", kiedy Laban czcigodny uczynił był biuro małżeńskie w namiocie swoim.

Lia, którą umiłował bohater mój, była piękna jak księżyc, albo jak słońce, albo jak bogata ciotka.

Mówił do niej:

Płoń! Cudna będziesz w obramieniu z ogni. które jak pyszne węże czoło kręgiem ci obsiędą.

Uczyń z błysków diademy wlosom przepysznym.

Rozgorzej...

Rozgorzej...

Mówił do niej, jak szatan, kusząc.

Potem splotem wężowym obejmował ją świetną od ogni, które wstawały w niej najw mózgu; potem wykwitał jej żar kładła się jej na oczy ręka rozpalał się każdy włos. Pełzały po jak węże, które wypełzły z legowiska i są ciepłe.

Cicho, straszliwie cicho, aby nie zbudzić duszy czy sumienia, czy czego tam.

Zdawało się, że w niej za chwilę dusza syknie w straszliwym dreszczu, trawiona ogniem, jak młoda gałąź, soków żywych pełna.

Och!...

Przeraził się bohater mój.

Bohater mój jest to człowiek, nie, nie człowiek - jest to kreatura trzeźwa, nie miłująca lotów zbytnich i ogni, co się rozdymają w pożar. On brał duszę w ręce, patrzył na nią oczyma, "co są jak toń", rozpoznawał bystrym okiem rasę tej duszy, potem rozdymał wstrętne policzki i dął strumień zgniłego powietrza prosto w twarz duszy rasowej.

Rozgorzej!...

Rozgorzej!...

Dusza poczynała fosforyzować, błękitnieć, łkać, burzyć się i dyszeć, jak płomień gniewny dyszy... rozgorzała...

Och! A bohater mój miał wielki talent ekstatyczny.

Więc naprowadzał powoli i z wprawą mgłę na oczy, rozchylał niby w upojeniu usta, palce sobie sam krwawił i oddech chwytał, jakby stał naprzeciwko gorącego wichru i nieskończenie pragnął.

Jesteś wielki, bohaterze mój, kreaturo najpodlejsza z podłych!

Jesteś wielki, aktorze z teatru marionetek! Histrionie nędzny o głowie kretyna, udający króla! Złodzieju nocny, kradnący sny duszom cnotliwym i głupim! Synu faryzeuszowy z bladością na licu, śpiewający hymny staremu Bogu, który niedowidza.

Tworze bezmózgi, szukający początku wszechrzeczy. Arcykapłanie głupstwa, pijany wyziewem słów własnych!...

Czyń dalej, bohaterze mój.

Powiedziano tedy, że bohater mój miał wielki talent ekstatyczny, znakomicie tedy zagrał ekstazę. Wpił się ustami w rozpalone jej usta i patrzył spoza sztucznej mgły na oczach, jak się zmieniają przepyszne jej rysy, Jak jej powieki drgają jakby od nadmiernego światła, jak się jej brwi ściągają skurczem nagłym w jeden łuk, jak się zwierają przemocą szczęki w ruchu tygrysim.

I radował się bohater mój.

Potem znowu brał w ręce duszę jej, ogniem ziejącą, i anaximenesowym sposobem wydął wstrętne policzki i wionął strumieniem zgniłego powietrza prosto w jej twarz, chłodząc.

O, gasicielu pożogi, bestio trzeźwa!

Potem mówił bohater mój:

- Kocha mnie, słowo daję, że mnie kocha.

A ona kochała w nim twórcę, któremu oprzeć się nie wolno, jak się nie opiera płomieniowi ani jak się nie opiera spadającym na pierś razom, albo burzy, albo błyskawicy.

Wyssał tedy bohater mój z ust jej wszystko, co w nich było: i miłość niezmierną, i ogromną dobroć, wszystkie piękno snów i całą nadzieję życia, zieloną świeżość młodości i bezmiar pragnień takich przeczystych, jak czystym nie jest kryształ.

Wycisnął mózg jej, wchłonął to w powłokę swoją, co była jak skurczony owoc, spalony na ogniach żądz i pragnień podłych. Potem ożył i uśmiechnął się...

I usiadł raz bohater mój, gad wstrętny, rzucił duszę jak sępa na padlinę wspomnień swoich i myśli swoich i począł - tworzyć:

Kochała mnie raz niewiasta jedna...

Wpiłem się ustami w rozpalone jej usta...

Drgały jej powieki jakby od nadmiernego światła, ściągały się brwi skurczem nagłym w jeden łuk. zwarły się jej przemocą szczęki w ruchu tygrysim...

Nazwałem ją - Lia.

I stanąłem przed oczyma jej, jak staje bóg w chwale swojej...

Kochała mnie bardzo... - itd. itd.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A naród krzyczał: Twórca! Twórca! 

 

 


W przypadku znalezienia błędu na stronie - prosimy o informację. kontakt


copyright © 2002 - 2010
www.Zaprasza.eu
oraz
Fundacja  Promocji  Kultury
Wszystkie prawa zastrzeżone